Relacje, artukuły
czwartek, 27 grudnia 2007
Kozi, Kozia, Zawrat, Granat, Wsciekłe węże

24-25 lutego (2007) działaliśmy na terenie 5ki oraz Hali Gąsienicowej. W sumie była nas 8ka z forum (czyli mały zlot niemalże), choć 3 osoby tylko 1 dzień. Wejścia i zjazdy: Kozi Wierch, Kozia Przełęcz do Zmarzłego Stawu, Zawrat, Zadni Granat, Karb do Czarnego Stawu, Żleb Wściekłych Węży. Warunki śniegowe do zjazdu dobre. Warunki pogodowe doskonałe na Hali (niedziela) i niezbyt sprzyjające w 5ce (pochmurno, mgła, czasem widoczność na kilka metrów; sobota i niedziela).



Trochę fotek:

 

SOBOTA. ROZTOKĄ TO DOLINY 5 STAWÓW POLSKICH


Zakładamy narty na Palenicy i 3,4 ... start



Doliną Roztoki do Doliny 5 Stawów

 

 

W DRODZE NA KOZI WIERCH i ZJAZD

Po bigosie i małym grzanym winie ruszamy na Kozi Wierch


W

W drodze na Kozi Wierch




W drodze na Kozi Wierch

 


Gdzieś w poblizu szczytu na Kozim Wierchu

 

Wojtek śmiga z Koziego

 

Joana Konik i Seba zjeżdzają z Koziego
Reszta zjeżdża z Koziego już w dużo gorszej widoczności.

 

 

Wojtek wraca z 5ki przez Kozią Przełęcz (zdjęcie zrobione dzień później)

 


 

NIEDZIELA

 

ZJAZD Z ZAWRATU

IMG_4102p.jpg

Kasia na Zawracie

 

 

IMG_4110p.jpg


Rzut oka w dół, ocena warunków, można zjechać.

 

 

 

 

 

IMG_4114p.jpg

zyfri vel kim idzie na pierwszy ogień

 


IMG_4127p.jpg
chwilę potem do akcji wkracza Konik
 
IMG_4129p.jpg  

 

 


 


ZJAZD Z ZADNIEGO GRANATU


Widok na szczyt

Krzychu na podejściu, spotkaliśmy go idącego z Murowańca i porwaliśmy na Zadni Granat



zyfri vel kim w drodze na szczyt


zjeżdża Krzysiek



 zjeżdza kim
 



21:53, skitury
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 października 2007
zjazd Zachodem Gronskiego!

Michał vel traveler na naszym forum:

Wczoraj zjechaliśmy z Michałem Ślusarczykiem Zachodem Grońskiego. Było to najprawdopodobniej drugie powtórzenie tej drogi, po zeszłorocznym zjeździe Edka Lichoty. Nie widzielismy żadnych śladów nart, więc w tym roku Groński raczej na pewno nie był robiony. Ale mogę się oczywiście mylić.
Co do meritum: to trudny zjazd, szczególnie od strony psychicznej, chociaż szczerze mówiąc bardziej wymęczyło nas podejście. W górnej części trawersuje się połączone ze sobą strome (chwilami bardzo strome) pola snieżne, podcięte skalnym progiem opadającym do Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła. Nie jest jednak tak supergroźnie - w niektórych miejscach można nawet pokręcić. Przy ewentualnym zsunięciu się pozostaje hamowanie dziabą i kantowanie nartami, a w najgorszym wypadku zawsze jest szansa zatrzymać się na skałach - o czym sam miałem okazję się przekonać. W dolnej części zachodu jest stromy, dość szeroki żleb - tam jazda jest już fantastyczna. Rozpoczęliśmy zjazd dziesięć metrów pod Małą Wołową Szczerbiną, bo na tym pierwszym odcinku śniegu było już naprawdę niewiele, a ekspozycja spora. Poniżej kilka zdjęć z podejścia i zjazdu:














środa, 22 listopada 2006

Cold wind, hard snow and cold beer - dziki zachód

by Pokor


Tak sobie siedzę za oknem wiosna a w duszy zimowy wilk tęsknie zawodzi. Więc nadszedł czas na wspomnień czar. Pewnego razu na dzikim zachodzie( 80% ekipy z wawy hehehe ale pohodzeniem to juz 60% a z gór to nawet 80%) tak zaczynał by się każdy klasyczny western i tak też się zacznie klasyczna relacja z turowego wypadu w zachodnie góry naszego pięknego kraju.  Jak już tytuł sugeruje wyprawa w Karkonosze w znakomitej części przypadków wiąże się z występującymi tam niespodziankami w postaci zimnego a jakże wiatru, zlodowaciałego śniegu a potym to już człowiek nie chce czekać by mu piwo grzali w schronisku.
Więc jeszcze raz pewnego razu...
...wyruszyliśmy (no tam w górach już bo przeciez nie będę pisał o całej podróży "gierkówką" barach ze świeżonką Confused itp.) od Wangu przez polanę Bronka Czecha w stronę Samotni tam niestety zonk bo zagnieżdżona WOSP zajęła wszystkie miejsca więc przerzut do Strzechy Akademickiej no i po wieczornej "pogawędce" grzecznie spać .
A rano



jako, że pogoda jak widać a otoczenie aż wyrywa z ciepłego łóżka napieramy na "grań"

a tam wieje sobie wiaterek





I choć turystów przegina to my napieramy dalej gdyż przed nami cel świetlista połyskująca lodem w słońcu ze swą czekającą na nas Nord Wand Mount Kapusta Śniezka



Jednak dostępu broni drugi karkonoski duch Wiatr kolega usiłuje go przebłagać ale ten nie pozwala mu nawet paść na ziemię



Góra i Wiatr( do 200km/h info z meteo na górze) w końcu odpuściły wdarliśmy się na szczyt i zjechalismy mrocznym Nordwandem Cool . Fotek brak ale musicie uwierzyć na słowo. Nastepnie swe posuwiste kroki skierowalismy w stronę skąd przybyliśmy i zaczęlismy okupować rejon Kotła Małego Stawu. A że piekna to okolica zobaczcie sami.




specyficzny klimat i duża wilgotność Karkonoszy umożliwia powstawanie takich jak wyżej widać form.
szadź pokrywa wszystko tworząc bardzo fantazyjne kształty.

No ale jak już wygramoliliśmy się na górę wypadałoby dokonać jakiegoś szusu w przeciwnym kierunku.





Zjazd był przepiękny więc wydrapalismy się ponownie na krwędż kotła a FUN był w narodzie wielki



więc przybralismy agresywne zjazdowe pozycje


i z górki na pazurki.

A to teren naszych kotłowych zmagań



Kolejne zdjęcie niech będzie przestrogą dla tych co zboczyli z jedynej słusznej skiturowej drogi.
Kolega Grześ zabrał z sobą parapet przez co cierpiał na każdym kroku od powiewów wiatru w ten swoisty żagiel po wolne tempo poruszania się.
Zmordowało go to tak iż wypicie piwa stanowiło nie lada wyzwanie.



Wieczór spędzilismy w samotni i jak zwykle zakończył się pogawędką ale tych zdjęć juz wam nie pokażę Embarassed
potem pozostał jeszcze nocny powrót pod Strzechę ...
...dotarliśmy...
sobota, 11 listopada 2006
piątek, 10 listopada 2006
Wszystko może się zdarzyć na "wyrypie narciarskiej"
by Wojtek Szatkowski,

tekst pierwotnie ukazał się na: http://www.watra.pl
publikacja za zgodą autora, uczestnika http://skitury.fora.pl/



(10.05.2006) Wojciech Szatkowski: „Ukoronowaniem sezonu była kiedyś „wyrypa narciarska”, nie wycieczka, ale właśnie wyrypa, czyli długa wyprawa na nartach, połączona z przejściem kilku przełęczy lub szczytów tatrzańskich. Na wyrypy chodzili: Mariusz Zaruski (exemplum przejście narciarskie przez Przełęcz Koprową i Zawory do Zakopanego), Józio Oppenheim (przez Lodową Przełęcz, Żelazne Wrota, Polski Grzebień) i inni. Wyrypa na nartach żyje własnym światem i własnym życiem, i wszystko może się wtedy zdarzyć... Możesz wylądować w zupełnie innym miejscu niż chciałeś pierwotnie, ba, nawet niekoniecznie po polskiej stronie granicy. Będziesz borykał się, jak pisał w swoim przewodniku z 1936 r. Oppenheim, całkowicie dobrowolnie z wiatrem, kurniawami, lodem i firnem, mgłą i inną cholerą tatrzańską. I co najważniejsze będzie ci z tym dobrze. Wreszcie będziesz „wyrypany”, a więc w stanie dosyć posuniętego zmęczenia. Sezon bez dobrej wyrypy narciarskiej to sezon trochę stracony. A więc... Start. Ruszamy rankiem z Morskiego Oka. Wokół mgła, niezbyt dobra pogoda, czasami coś kapnie z nieba, więc humory jakie takie, ale jakoś bez rewelacji. Podejście. Maciek dzielnie bije stopnie w zmarzłym na beton śniegu w podejściu na Przełęcz. Twardo i śtryrbnie nieco, ale idziemy. Po drugiej stronie przełęczy czeka na nas inny świat, 10 cm puchu na firnie, jazda cudowna, humory zaraz się poprawiają. Zjazd w dolinę dopełnia szczęścia, a herbata z termosu (dzięki Kasiu!) smakuje jak zwykle wspaniale. Idziemy (a raczej lepiej jedziemy) więc dalej. Podejście drugie już tego dnia wyciska z nas resztki sił. W kotle atakowani ze wszystkich stron przez rozpasane słońce posuwamy się wolno, coraz wolniej. Noga za nogą, noga za nogą, narta za nartą i jeszcze raz – wpadamy w pewnego rodzaju automatyzm ruchów, jeszcze raz i jeszcze raz, pot leje się z czoła, ale to też jest jeden z uroków i atrybutów dobrej wyrypy i „foczenia” jako sportu. Tu nie ma miejsca na udawanie. Żeby zjechać, trzeba podjeść – zasada prosta jak życie. W dolinie pozostawiamy dwa ślady podejścia – nikogo tu nie było dzisiaj oprócz nas. Cisza zupełna i nastrój doliny udzielają się także i nam. Przełęcz. Pod nami rozświetlona słońcem Dolina Pięciu Stawów Polskich. Zjazd jeszcze lepszy do poprzedniego. Mnie czeka tu niemiła nieco niespodzianka – lód podczas przejazdu przez staw pęka pod nartami i ląduję w lodowatej wodzie. Co gorsza gubię kijek narciarski, poszukiwania trwają parę minut, ale w końcu jest! Dwie kaczki (samiec i samica) idą mi w sukurs i zalotnie pozują do zdjęć. W znakomitych nastrojach docieramy do schroniska: gorąca herbata (Maciek) i kawa (w moim przypadku) dodają sił, a słońce całkowicie osusza moje spodnie. Ruszamy więc zadowoleni w dół do Doliny Roztoki i Żlebem Litworowym spadamy na nartach w dół... firn i jazda jak z bajki. Dojeżdżamy sporo poniżej Nowej Roztoki, a tam... narty na ramię, wylewam wodę z butów i dochodzimy aż na Łysą Polanę, a stamtąd busem docieramy do Zakopanego Każda wyrypa jest niepowtarzalna, inna, jedyna w swoim rodzaju – z czasem nikną na stoku rozmyte deszczem ślady nart, ale najważniejsze, że Przyjaźnie pozostają. Wszystko, co przyjemne, w tym i wyrypa narciarska, ma swój koniec. Dlatego trzeba jednak wracać z jej świata do rzeczywistości. Tylko... jakże trudno... Jaka jest na to rada? Wystarczy zamknąć oczy i przypomnieć sobie te wyrypy, które już były. Sporo tego... Bo wspomnień nikt nam nie zabierze, są jak dobre włoskie wino... bezkonkurencyjne (przynajmniej dla mnie i myślę, że dla Maćka też). Albo (jeszcze lepiej) pójść w góry kolejny raz... na nową „wyrypę narciarską”!!! Wszak sezon jeszcze nie zakończony”. A więc... do zobaczenia w górach.

Foto-relacja (zdjęcia Wojciech Szatkowski):

Foto-relacja (zdjęcia Maciej Bielawski):

środa, 08 listopada 2006

W krainie śnieżnej baśni czyli wyprawa skiturowa na Monte Rosę

Z początkiem maja 2006 doszła do skutku wyprawa skiturowa w masyw Monte Rosy 'pod patronatem' forum http://skitury.fora.pl/

Skiturowcy uczestniczący w wyprawie: Paweł, Spiochu oraz Zygmunt [kim   na forum]


monte_rosa67.jpg
Zygmunt i Paweł


monte_rosa93.jpg
Spiochu nie lubi być fotografowanym. Jest tu gdzies schowany na tym zdjęciu:)


Ogólne informacje o rejonie

Monte Rosa oślepiająca i zniewalająca ogromem jest najpotężniejszym masywem alpejskim znajdującym w Alpach Walijskich. Chociaż Mont Blanc przewyższa ją, Monte Rosa zajmuje znacznie większy obszar i jest największym masywem w Europie Zachodniej. Po szwajcarskiej stronie jest ona "festiwalowo przybrana" w nabrzmiałe fale lodu z lodowców, które zaczynają się zaraz tuż pod grzbietem szczytu. Kontrastowo, włoska strona masywu prezentuje fasadę groźnych przepaści, przekraczającą granice ludzkiego pojmowania.

Zespół Monte Rosy to gniazdo dziesięciu czterotysięczników o średniej wysokości 4389 m. Najwyższym z nich jest Dufourspitze (4634 m, trudność PD+), którego zdobycie było głównym celem wyprawy.

Narciarska mapka regionu:
http://www.zermatt.ch/graphics/map/ski/skigebiet.jpeg




Poniżej krótka relacja fotograficzna


Kolejką z Zertmatt (Szwajcaria) do Rotenboden a następnie pieszo i na nartach do schroniska Monte Rosa przez lodowiec

Ceny i godziny odjazdu kolejki
http://www.gornergrat.ch/timetableprices.php


mapka kolejki z Zermatt na Gornergrat


Kolejka z Zermatt na Gornegrat to pociąg w którym 80% pasażerów to Japończycy. Oczywiście, gdy zobaczyli nasze 'uzbrojenie' to non stop robili nam zdjęcia:)

monte_rosa212.jpg
Wysiadamy z kolejki i zjeżdzamy kawałek na nartach

monte_rosa18a.jpg
A potem narty na plecy i zasuwamy ponad godzinę po skale w butach narciarskich w stronę lodowca Gornergletcher.



Teraz przez lodowiec. Na szczęście droga jest zaznaczona chorągiewkami, bo szczeliny i rzeczki lodowcowe tylko czekają, aby nas wchłonąć. Przy złej widoczności nie ma szans dojścia z Rotenboden do schroniska Monte Rosa. Dzięki doskonale wybranym terminie przez kierownika wyprawy my mielismy cały czas wyborną pogodę:)

monte_rosa25a.jpg
Lepiej tam nie wpaść - w godzinach przedpołudniowych na nartach można lodowiec przejść bezpiecznie na nartach. W godzinach popołudniowych niektórzy narciarze wiązali przechodząc przez lodowiec.

monte_rosa26.jpg
po czymś takim to chyba nie będziemy zjeżdzać:)

monte_rosa31.jpg
Ostatnie podejście, schronisko już blisko. Pełne plecaki dały nam się bardzo we znaki. Wniosek na przyszłość: brać o połowę mniej rzeczy - tylko to co niezbędne. Dobre jedzenie i przykrycie jest na miejscu.



Nasz punkt wypadowy schronisko Monte Rosa, 2795 m, http://www.vs-wallis.ch/wallis/huetten/monterosa.html


To nie jest moje zdjęcie, w maju było więcej śniegu wokół schronu.

monte_rosa92.jpg
Skiturowcy zaczynąją zazwyczaj akcję ok. godz. 4 rano. Wczesnym popołudniem wszyscy zjeżdzają do schronu, aby uniknąć miękkiego śniegu i otwierających się szczelin. Potem następuje suszenie oraz ...


monte_rosa93.jpg
... posiadówka przed schronem przy piwie i innych trunkach. A siedzi się miło, bo widoki są cudowne. Niestety zdjęcia nie oddają tutaj prawie nic. Jestem nimi kompletnie zawiedziony. Wolę odwoływać się do tego co zostało w pamięci.


jadalnia1.jpg
jadalnia


1sypialnia.jpg
sypialnia - kołderki i poduchy były całkiem przyzwoite

monte_rosa192.jpg
Jeden z mieszkańców schroniska




Widoki ze schroniska były wręcz cudowne (czego nie oddają zdjęcia)

monte_rosa89.jpg
Lodowiec Grenzgletcher podziwiany i omijany przez skiturowców szerokim łukiem

monte_rosa88.jpg
Lodowiec Grenzgletcher i Lyskam


monte_rosa195.jpg


monte_rosa113.jpg
A to jest ... szczyt, na który może uderzę latem:)


monte_rosa115.jpg
Mat był wszędzie tam gdzie my

monte_rosa202.jpg





Długa i wyczerpująca wycieczka aklimatyzacyjna na Cima di Jazzi, 3806 m


Po około godzinie podejścia musieliśmy zdjąć narty i przejść przez grań skalną na wysokości ok. 3 tyś. m. Tam odpoczęliśmy na ... Macie;)


monte_rosa52.jpg
usiądę sobie na Macie i odpocznę nieco :)


monte_rosa67.jpg


monte_rosa73.jpg
I już na szczycie. Teraz tylko ściągnąć foki i większość drogi w dół. Nie da się ukryć, że w tych warunkach na nartach było szybciej i w dół oraz względnie bezpiecznie na szczelinach

monte_rosa80a.jpg
Główny cel wyprawy: Monte Rosa hut (2795) - Dufourspitze (4634 m) - 1880 m przewyższenia

Wg Richarda Goedeke, autora "Alpejskich 4tysięczników" wspięcie się na Dufourspitze w porównaniu z drogą normalną na Mount Blanc, niesie ze sobą więcej wyzwań, zwłaszcza, że główne trudności spotyka się dopiero na eksponowanej grani szczytowej.

Trudności:
Długi odcinek po lodowcu, ostatni odcinek droga mikstowa na szczyt. Alternatywna wobec drogi graniowej.

Droga na wierzchołek:
Od schroniska najpierw moreną boczną, potem w ślad za kopczykami przez Untere Platje (w lecie po gładkich skałach i piargach), potem pokonując stromy uskok na Obere Plattje (3200 m). Następnie w górę lodowcem Monte Rosa i wkrótce trzymając się niecio lewej strony, przechodzimy przez strefę szczelin, a potem wspinamy się kotliną lodowca na prawo (na południe) od podłużnej skalnej wysepki. Wspinając się stromo przez Scholle docieramy do podnóża szerokiego zbocza Satteltole. Tym zboczem, pod koniec stromo (harszle lub raki przydatne ze względu na oblodzenie) podchodzimy na przełęcz między Norden i Duforem (uwaga na groźną szczelinę na kilka metrów przed zdjęciem nart). W ten sposób jesteśmy na wysokości ok. 4500 m. Teraz pozostaje nam jeszcze wspinaczka na szczyt (ok 130 m) i zjazd tą samą drogą a potem tylko nałożyć narty heja na dół między szczelinami i przepięknymi serakami.




129714.jpg
Prawdopodobna trasa wejścia na nartach, wspinaczki na szczyt i zjazdu na nartach


Poranne widoki, start ok. godz. 5:40

monte_rosa94.jpg
Mattehorn zostawiam w tyle

monte_rosa95.jpg
Mat o wschodzie słońca (zdjęcie oczywiście z zoomem)

monte_rosa97.jpg
po prawej Lyskam, prawda, że piękny o tej godzinie?

monte_rosa98.jpg
wciąż jeszcze zimno, czy uda się wejść?


monte_rosa117.jpg
słońca powoli przybywa; robi się coraz cieplej;

monte_rosa136.jpg
szczelina brzeżna

monte_rosa131.jpg
Już widać przełęcz i szczyt, ale to jeszcze bardzo daleko a powyżej 4 tyś co kilkanaście kroków trzeba zrobić małe stop na oddech. Nie licząc dojścia do schronu moja aklimatyzacja praktycznie trwała tylko jeden dzień z wejściem tylko na 3800. W w sumie poza lekkim problemem z oddechem i małymi zawrotami głowy nic mi się nie dzieje. Zauważam, że ważnym jest, aby się nie spieszyć na siłę i słuchać organizmu w czasie marszu.


monte_rosa151.jpg
Już widać szczyt i szczelinę przebiegającą u podnóża. Zsuniecie się z początkowego pola śnieżnego przy wspinaczce albo (co bardziej prawdopodobne przy zjeździe ze szczytu) skutkuje wylądowaniem na dnie szczeliny.

monte_rosa152.jpg
z lekkim zbliżeniem


monte_rosa153.jpg
duże zbliżenie - widać osoby wspinające się



monte_rosa154.jpg


monte_rosa175.jpg
No i jestem na szczycie Oglądając w Polsce prognozy pogody nie wierzyłem, że się to uda i pójdzie tak łatwo. Kompletnie nie czuję wysokości ani zmęczenia. Widoki są przewspaniałe. Chciałbym tutaj posiedzieć nieco dłużej, ale czas goni. Warto zjechać zanim lodowiec całkowicie rozmięknie.


monte_rosa156.jpg
Petel na piku. Spotkaliśmy się na szczycie.




Widoki ze szczytu


monte_rosa163a.jpg
pode mną morze chmur (po włoskiej stronie) oraz ...

monte_rosa159.jpg
Nordend, 4609 m


monte_rosa162.jpg
po włoskiej stronie Punta Gnifetti (Signalkuppe), 4554 m


monte_rosa164.jpg


monte_rosa165.jpg
Schronisko Capanna MARGHERITA na Punta Gnifetti (4559), najwyżej położone schronisko w Europie


monte_rosa168.jpg
po włoskiej stronie




Zjazd na nartach z przełęczy między szczelinami i przepięknymi serakami

monte_rosa187.jpg

monte_rosa66.jpg



monte_rosa65a.jpg



monte_rosa130.jpg


monte_rosa124.jpg


monte_rosa129.jpg


monte_rosa130.jpg


monte_rosa125.jpg


monte_rosa126.jpg


monte_rosa128.jpg


Ta skromna publikacja fotograficzna nie oddaje wielu aspektów naszej wyprawy. Mimo wszystko mam nadzieję, że będzie dla kogoś małą inspiracją.
Mój podstawowy wniosek: wyprawa typu wejście na nartach, wspinaczka mixtowa, zjazd na nartach to mój ideał skialpinistycznej wyprawy. Muszę znaleźć analogiczny cel.


 kim vel zyfri, maj 2006, http://kimawug.uk.pl/
czwartek, 02 listopada 2006

Na nartach na Kozim Wierchu (2291 m)
by Wojtek Szatkowski,

tekst pierwotnie ukazał się na: http://www.watra.pl
publikacja za zgodą autora, uczestnika http://skitury.fora.pl/

(31.05.2005) Wojciech Szatkowski: "Wiosna przyszła i wiosenny niepokój udzielił się narciarzom. No, bo jakże to? Po takiej pięknej zimie chciałoby się jeździć cały rok, ale trzeba kończyć sezon. Na cel ostatniej wycieczki wybraliśmy Kozi Wierch i zjazd Szerokim Żlebem do Wielkiego Stawu w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. O 5 byliśmy już na Palenicy i stąd przez Dolinę Roztoki, obchodząc Wielką Siklawę weszliśmy do „piątki”. Pogoda doskonała, nastroje też. Podejście Żlebem wycisnęło z nas ostatnie soki, bo ukrop lał się wprost z nieba. O 10.30 byliśmy już na górze, tak jak zaczęliśmy sezon, tak też go skończyliśmy: dwóch narciarzy Maciek i niżej podpisany i snowboardzista Adam. Po odpoczynku zaczynamy zjazd: pierwszy jedzie Adam, potem ja i Maciek. Skręty na firnie wychodzą fantastycznie, więc szybko osiągamy Wielki Staw, zarzucamy narty na ramię i dochodzimy do schroniska w Pięciu Stawach. Tutaj piwo beczkowe znakomicie działa w taki upał. Ostatni zjazd Żlebem Litworowym pokonujemy po piwku z marszu, z lekkim przebijaniem się przez kosówkę (wybaczcie służby TPN). Dojeżdżamy do kolejki i tam przepakowujemy się tj. narty na ramię i 6 km marszu. Na szosie do Palenicy zaczęły padać dziwne pytania: - A to dobrze się jeździ po asfalcie? A to da się jeździć? Jest jeszcze śnieg? I przetłumacz tu takiemu miłośnikowi tłumu, że da się jeździć i owszem i to wcale nieźle, bo śniegu było w bród. Marsz drogą miał też swoje pozytywne strony, gdyż przekonaliśmy się, że rzeczywiście Polki są najpiękniejszymi na świecie. Tylu ładnych dziewcząt już dawno nie widziałem naraz, a ponieważ byliśmy nieprzyzwoicie opaleni to wszystkie się ładnie do nas uśmiechały, no i my do nich vice versa. Objuczeni nartami, butami, plecakami, mokrzy od potu po godzinie dotarliśmy na Palenicę. Dla niektórych może rzeczywiście wyglądaliśmy na lekko nawiedzonych, ale dla nas było to naprawdę godne zakończenie wspaniałego sezonu. Sezon 2004/05 dobiegł więc końca, byliśmy aż o dwa miesiące na nartach dłużej niż nasi skoczkowie z Adamem Małyszem na czele…".

Foto-relacja (zdjęcia Maciej Bielawski):

Foto-relacja (zdjęcia Adam Brzoza):

Foto-relacja (zdjęcia Wojciech Szatkowski):

Na nartach przez cztery przełęcze
by Wojtek Szatkowski,

tekst pierwotnie ukazał się na: http://www.watra.pl
publikacja za zgodą autora, uczestnika http://skitury.fora.pl/


(08.05.2005) Wojciech Szatkowski: "Liliowe – Skrajna Przełęcz – Świnicka Przełęcz – Karb. Wstawanie o 3 rano ma w sobie jeden urok – dzień jest dłuższy. Jednak taka pobudka, w środku nocy, jest to dla mojego organizmu prawdziwa mordęga. Jednak szybko się pakuję, szybka kawa z dwóch łyżeczek i jestem gotów, jadę po Wieśka. Szybkim krokiem wchodzimy do Kuźnic, jest jeszcze ciemno, ale powoli czujemy budzący się dzień. Potem nasza trasa prowadziła Doliną Jaworzynki na Przełęcz między Kopami, następnie na Halę Gąsienicową. Tam założyliśmy już narty, mimo iż aura nie rozpieszczała nas raczej – zaczął padać dosyć gęsty śnieg. Wychodzimy na nartach na Przełęcz Liliowe (1952 m.n.p.m), następnie idziemy na nartach trawersem przez Skrajną Przełęcz (2071 m.n.p.m). Wartałoby w tym sezonie jeszcze stąd zjechać! Nad Doliną Cichą mgły, czasami pada śnieg, cicho i pięknie. Odczucia? Ej, nijakiej władzy nikt nie ma nad nami! Pogoda inna niż zwykle, ale ciekawsza, tajemnicza. Już bez nart dochodzimy na Świnicką Przełęcz (2050 m.n.p.m), główny cel naszej wyprawy. Drogę zjazdu zagradza skutecznie nawis, który pierwszy pokonał Wiesiek po lewej jego stronie patrząc od góry. Ja po wielu próbach niezbyt udanych i bardzo nieudanych, za namową kolegi spróbowałem z prawej. „Puściło”. Rozpoczynamy zjazd ze Świnickiej, w przewodniku Wali i Życzkowskiego wyceniony na „dwójkę”. W żlebie leży trochę świeżego śniegu i jedzie się świetnie. Kręcimy filmy i fotografujemy. Jeszcze lepsze warunki napotykamy w Świnickiej Kotlince, tutaj jazda – miód w gębie. Zjeżdżamy aż do Zielonego Stawu. Radość mąci trochę fakt, że Wiesiek uszkodził nartę, wpadając na skałę, ale lepsze to niż gdyby sobie coś zrobił. Po posiłku (super dobre owoce kandyzowane plus woda) wyruszamy na Karb. Podchodzimy nań w ok. 23 minuty (Wiesiek) i 27 minut (ja). Miłym towarzyszem okazuje się ptak – płohacz halny – który na przełęczy nic sobie nie robił z naszego towarzystwa i kręcił się między nami, a my uszanowaliśmy jego obecność, mając nowego towarzysza wycieczki. Zjazd z Karbu był niezły, Wiesiek ruszył pierwszy, a ja trochę zlekceważyłem Karb i zaliczyłem klasyczną glebę. Potem jechałem już uważniej i było całkiem OK. Śniegu jest tyle, że dojeżdżamy aż do „Murowańca”, gdzie definitywnie trzeba zdjąć narty, gdyż kończy się śnieg. Zarzucamy więc narty na plecy i maszerujemy do Kuźnic, znowu Jaworzynką. Schodzenie po śliskich skałach w plastikowych butach to typowa „machaczka”, jak mówią Słowacy. Jeszcze na koniec popatrzyłem za siebie, jakby żałując, że już trzeba wracać z gór. Śnieg, padający ciągle i coraz mocniej zasypywał ślady naszego zjazdu ze Świnickiej Przełęczy. Ślady szybko pewnie zniknęły, ale przyjaźnie pozostały. A „nasz” płohacz halny pewnie czeka na kolejne spotkanie... Może za tydzień? Wszak jeszcze z zimą się nie pożegnaliśmy".

Foto-relacja (zdjęcia Wojciech Szatkowski i Wiesław Kowalski):

Na nartach na Kopę Kondradzką
by Wojtek Szatkowski,

tekst pierwotnie ukazał się na: http://www.watra.pl
publikacja za zgodą autora, uczestnika http://skitury.fora.pl/


(30.04.2005) Wojciech Szatkowski: "Na tropach Mariusza Zaruskiego... czyli Kopa Kondracka prawie o świcie Czerwony wschód słońca zalewał powoli cichą o tej porze, tj. o 5.30 rano Dolinę Kondratową. Idąc miarowym krokiem na nartach, naruszyliśmy jej pozorny tylko spokój. Boże, najlepszym poetom zabrakłoby talentu i słów, by opisać wschód słońca w górach. Śnieg oblany czerwonawą łuną stał się na parę chwil jasnoczerwony... jakby krwawił. I dziw się tu ludziom, że kochają góry, które są dla nich jak narkotyk. Kto raz coś takiego zobaczy, ten przepadł – będzie wracał i wracał w górski świat. Przypomina się świetny opis Mariusza Zaruskiego zaczerpnięty z „Na bezdrożach tatrzańskich”: „Zapaliły się słońca złote na szczytach tatrzańskich, patrzą w oczy tamtemu na niebie, płynącemu poprzez czarne szafiry. Same kąpią się w niezgłębionej ich toni, rażąc oczy błyskawicą kontrastów do bólu, do łez... Lśnią gwiazdy blasków tęczowych, jakby iskry w kuźnicy cyklopów. Furja światła, oszalałego słoneczną radością...”.
Wspinamy się na nartach do Kamienia i dalej, po wybitych przez naszych poprzedników stopniach na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Tutaj zaczyna lekko wiać, ale nie tak mocno jak tej zimy na Trzydniowiańskim Wierchu, czy wierzchołku Rakonia. To w porównaniu z tamtymi narowistymi porywami zupełnie nic nie znaczący i mile chłodzący zefirek. Na szczyt Kopy Kondrackiej wchodzimy ok. 7.05. Zaruski pisał: „Po hełmach tych, pióropuszach lodowych rycerzy uparcie dążymy ku lśniącemu szczytowi; upał pustyń piaskowych, mróz grenlandzkich lodowców. A w górze niebo z czerni winnej latorośli, do której mistrz dodał kropelkę ultramaryny. Przesuwamy się pod ścianami granitowych turniczek; znowu szreń, znowu nawisy, znów noże śnieżne, ostrzami zwrócone do góry – i szczyt”. Na Kopie wykonujemy serie zdjęć na cztery strony świata, a herbata, którą jak zwykle przygotował Maciek, smakuje wyśmienicie. Jeszcze tylko dopinamy klamry, zdejmujemy foki i powoli zabieramy się do największej przyjemności każdej wycieczki narciarskiej – zjazdu. Zjazdu, który jest nagrodą za trudy podejścia. Pierwsze skręty jeszcze dla próby dosyć ostrożne, a potem szalona jazda dosyć stromym żlebem, jakże pięknie wyśnieżonym. Maciek radzi sobie bardzo dobrze i jedziemy sprawnie w dół, strącając przy każdym ze skrętów warstwę lodowych płytek w dolinę. Teraz czeka nas zwężenie żlebu, najstromsze jego miejsce. Tutaj śnieg jest coraz lepszy, a skręty z obskoku wychodzą idealnie. Narty trzymają dobrze i jedzie się wspaniale. Znowu sięgam do po opis Zaruskiego: „Drewienka śmigłe jesionowe, narty wy moje, trzymajcie mnie dobrze na upłazach lodowych, na szczerbatej grani nawisów! Czajki lotne na wzburzonych wałach śnieżnego morza, coście hań nie jeden raz pustynię białą mierzyły, nieście mię chyżo po toni puszystej w bezmiar kryształowych przezroczy, mieniących się zielonawą tęczą zamarzniętych otchłani. Gdzie noc najgłębsza wyciąga ramiona ku zachwyconemu radością słońcu. Gdzie myśli łączą się w potężny akord poruszanych niewidzialną ręką szklanych klawiszów. Gdzie dzisiaj jest lekkim wiewem, muśnięciem skrzydła wieczności, lecącej ku promiennemu jutru. Coraz dalej, dalej na bezpowrotne wyżyny!” – pisał Zaruski. Najlepszym fragmentem naszego zjazdu okazał się odcinek do Kamienia, gdzie jechaliśmy obaj długimi łukami, wydając okrzyki zachwytu, przy każdym ze skrętów. Przy Kamieniu jeszcze łyk herbaty i dalejże w dół! Po drodze spotykamy gospodarza schroniska na Kondratowej z psem, który zachęcał nas do zabawy. Ruszamy ostrożnie nartostradą po zamarzniętych śladach butów i nart. Karkołomna to była jazda, ale nam szczęście sprzyjało i cali i zdrowi wylądowaliśmy w Kuźnicach. Zaobserwowaliśmy kolejkę do kolejki na Kasprowy Wierch, tłum narciarzy, ścisk, nic ciekawego dla nas... Żegnamy się na ul. Karłowicza z mocnym postanowieniem, że sezonu jeszcze nie zakończyliśmy... I jeszcze jedno. Sen Maćka o tym, że spotkamy niedźwiedzia nie spełnił się. I wierz tu w sny!".

Foto-relacja (zdjęcia Maciej Bielawski):

Foto-relacja (zdjęcia Wojciech Szatkowski):

Hruby Regiel Ski-Tour Extreme, czyli śladami Mariusza Zaruskiego...
by Wojtek Szatkowski,

tekst pierwotnie ukazał się na: http://www.watra.pl
publikacja za zgodą autora, uczestnika http://skitury.fora.pl/


(16.02.2005) Wojciech Szatkowski relacjonuje: "Hruby Regiel to wybitny szczyt reglowy (stąd nazwa Hruby - W.S), rozdzielający Doliny Miętusią i Kościeliską. Pierwszego wejścia na nartach dokonał nań Mariusz Zaruski. Dwa dni spędzone na nartach tourowych na tej górze były dla mnie bardzo udane. Po pierwsze pogoda, pierwszego dnia słońce, mimo warszawskich ferii, które co roku przyzwyczajają nas do beznadziei, wyjrzało zza chmur i zalało dosłownie Tatry. A widok z Hrubego Regla należy do wyjątkowo pięknych (patrz fotki), ponadto pokrywa śnieżna na Hrubym Reglu jest w tym roku niespotykana i pozwala się wyszaleć do woli. Drugiego dnia z przyjacielem też pozostawiliśmy na stokach Hrubego „wściekłe węże”, czyli ślady naszych nart.
Pierwszego dnia przy dość dużym mrozie ok. 8.45 przypinam foki do swoich „Haganów” i startuję do pierwszego wejścia na Hruby. Podejście na Przysłop, po tych wszystkich stanach grypowych i przedgrypowych, które mnie do końca nie ominęły, nie jest moim życiowym, ale słońce wywołuje za to dobry nastrój. Na Przysłopie Miętusim roziskrzony śnieg aż zaprasza do paru skrętów. Po paru fotkach idę jednak dalej, ale co chwilę zatrzymuję się, by wykonać kolejne ujęcia. Jest coraz cieplej i idzie się wreszcie znakomicie. Serduszko bije miarowo w rytmie cha, cha, cha i pochłaniam kolejne metry podejścia. Przed Jaworzyną Miętusią skręcam w prawo i pnę się w górę.
Podejście na Hruby między drzewami jest znakomite, i po 1.2 godz. osiągam wierzchołek. Staję na szczycie Hrubego. Widok przepiękny, odklejam foki, przegryzając samotność batonikiem „Milky Way” i powoli sposobię się do zjazdu w stronę Nędzówki. Stromo i w głębokim puchu skręty wychodzą znakomicie. Przy każdym skręcie spod nart wylatuje fontanna puchu. Zabawa, że hej. Wjeżdżam w las, tutaj trzeba uważać, żeby nie trafić w smreka, który się nie ugnie, gdy o niego zawadzisz, jak kiedyś pisał w swoim przewodniku narciarskim z 1936 r. niezapomniany Józef Oppenheim. Potem jeszcze 20 minut holendrowania do wylotu Doliny Małej Łąki i żal, że to już koniec. Nic też dziwnego, że drugiego dnia ruszamy z Maćkiem Bielawskim jeszcze raz na Hruby Regiel. Pogoda jednak jest diametralnie różna od wczorajszego dnia: mgła i wieje wiatr. We dwójkę idzie się nam raźniej i czas szybko mija. Wchodzimy na lekko przymglony szczyt Hrubego, łyk herbaty, zdjęcia i dalejże w dół. Jest jeszcze więcej puchu. Maciek dzielnie daje sobie radę mimo dużej stromizny i powalonych drzew, przez które trzeba było kilkakrotnie zręcznie przeskakiwać. Klucząc po lesie zjeżdżamy do ścieżki pod Reglami i nią do Maćkowego auta. Pewne jest jedno, że na tę górę jeszcze w tym sezonie powrócimy. I to nie raz".

Foto-relacja (zdjęcia Maciej Bielawski):

Foto-relacja (zdjęcia Wojciech Szatkowski):

Zakładki:
STRONA GŁÓWNA